Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camp Merriwood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camp Merriwood. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 lipca 2014

4 lipca


Dzisiaj będzie foto post. 
Mówcie co chcecie, ale strasznie podoba mi się jak Amerykanie afiszują się ze swoim patriotyzmem. Dziewczynki każdy dzień zaczynają od wciągnięcia na maszt flagi i hymnu. 4 lipca- święto niepodległości celebrują jeszcze bardziej. Od samego rana dziewczynki szalały, poprzebierane w barwy narodowe, paski i gwiazdki. Wieczorem była dyskoteka na boisku i oczywiście hot dogi, hamburgery i coca cola. Dziewczyny strasznie cieszyły się, że robię im zdjęcia. Kiedy się ściemniło odbył się pokaz fajerwerków nad jeziorem, a my w super romantycznych okolicznościach wcinałyśmy kanapki z masłem orzechowym i dżemem(to jest to słynne peanut butter jelly time). 




W niedzielę jadę do Wallmartu i zaopatrzę się w takie skarpecie.
 



Pozdrawiam Polaków na Wyspach.


Dziewczyny uduszą mnie w nocy, albo wrzucą wiewiórkę do śpiworu, ale nie mogę się zatrzymać tej foty dla siebie.
Mistrzowie drugiego planu.


czwartek, 3 lipca 2014

Obóz się rozkręca


Powoli przyjeżdżają dziewczynki, a my coraz bardziej wdrażamy się w pracę i poznajemy reguły rządzące obozem. Dla dziewczynek to ‘idealny świat’, w którym opiekunki chodzą spać o tej samej porze co one, wszyscy się lubią i są naprawdę serdeczni. Wiele tegorocznych opiekunek przyjeżdżało tu na obozy jako małe dzieci. Co tu dużo mówić, zakłamanie i obłuda są tu powszechne. Rano przy śniadaniu dziewczyny obrabiają sobie tyłki ile wlezie, okraszając ploty słowami typu ‘to takie ekscytujące’, ‘nie mogę się doczekać’, ‘słodkie’ itd. Przy tym chwalą się najintymniejszymi szczegółami życia, a ja siedzę przy stoliku i się chichram. Czuję się trochę jak w filmie o amerykańskiej szkole, w której ludzie dzielą się na popularnych i niepopularnych. Oprócz tego różnica pomiędzy Amerykankami, a nie-Amerykankami jest wyczuwalna po kilku minutach rozmowy. Mamy Australijkę, która jest tak pozytywnie zakręcona, że przyjechała na obóz z namiotem i sprzętem do wędrówek. Po zakończeniu obozu zamierza przemierzyć Stany wędrując. Oczywiście, kiedy Amerykanki dowiedziały się o namiocie, totalnie obrobiły jej dupsko. Stwierdziły, że to ‘exciting’, ale później oczywiście stwierdziły, że ona w ogóle jest jakaś dzika. Brytyjki są raczej w porządku, tylko ciężko je czasem zrozumieć. Mamy też Holenderkę Hannę, na którą mówimy Hania, też bardzo fajna dziewczyna. Amerykanki, które były tu w zeszłym roku są niczym cheerleaderki z filmu. Zadzierają nosa, nie grzeszą mądrością, ani kulturą. Najlepsza jest moja ulubienica Jackie, która wcześniej przyjeżdżała tu na obozy jako dziewczynka. Wszystkich ma za nic i obrabia im tyłki, ale oczywiście oficjalnie jest ‘super friendly’. Od początku się nie polubiłyśmy.


W Stanach legalnie pić można od 21 roku życia, w praktyce wygląda to tak, że opiekunkom alkohol kupuje ktoś starszy, a później chowają go w krzakach poza obozem. Wieczorem cichaczem biegną, zabierają go i lecą do lasu pić. Szopka. Upijają się szybko i jest śmiesznie lub żałośnie.
A teraz bardzo niepoprawny politycznie temat: tłuści ludzie. Mamy kilka osób, które nie są grube, nie można ich już nawet nazwać otyłymi, oni są po prostu tłuści. Nikt mi nie powie, że 18 letnia dziewczyna mogła się tak roztyć bo jest chora. Od tego jest endokrynolog, taki stan chyba zagraża nie tylko zdrowiu ale i życiu. Sama nie jestem drobną osobą, ale dzisiaj w samochodzie przyglądałam się rękom jednej z dziewczyn i spokojnie ma 4 razy grubsze ode mnie. Kilka dni temu, wieczorem, idąc pod prysznic, przyłapałyśmy jedną z opiekunek na przemycaniu słodyczy. Nie była to paczka ciastek, ale dwa worki na śmieci(!) pełne słodyczy. Dodam, że dzieciom nie wolno mieć tu własnego jedzenia, wszystko zapewnia obóz, są trzy posiłki każdego dnia i dwa desery, a między posiłkami owoce i napoje. Opiekunki trzymają więc słodycze, chipsy i napoje ‘na dziko’, schowane w swoich rzeczach. Jedzenie na obozie, jak na amerykańskie warunki mamy super zdrowe. Na śniadanie są świeże owoce, płatki, jogurty i dodatkowo coś na ciepło, na lunch i kolacje zawsze wystawiamy salad bar, warzywa do wyboru do koloru. Planuje zrobić osobnego posta o jedzeniu, więc na razie nie będę się rozpisywać.



Po kilku pierwszych dniach pracy jesteśmy zmęczone, ale zadowolone. 

piątek, 27 czerwca 2014

Tym czasem w Camp Merriwood.


Po przygodach w Nowym Jorku, do Merriwood trafiłyśmy o 1 w nocy. Do pobliskiego Hanoveru, wyjechały po nas starym busem Dodge dwie dziewczyny. Jechałyśmy przez ciemny las, wokół latały świetliki, które są tu trzy razy większe niż w Polsce i świecą niczym ledowe lampki. W radiu leciało country, byłyśmy już prawie nieżywe ze zmęczenia, aż tu nagle w pośrodku niczego zgasły światła w busie. Zrobiło się czarno tak, że nawet nie widziałyśmy siebie, O. z przerażenia złapała mnie za udo, Brytyjki zaczęły piszczeć. Po przejechaniu jakiś 20 metrów, światła znowu się zapaliły i wszystkie czekałyśmy aż przed maską pojawi się dziewczynka z Ringu.
W Merriwood pachniało sosnami, na niebie świeciło miliony gwiazd, a (mam nadzieję) daleko w lesie wyły kojoty. Następnego dnia po śniadaniu trafiłyśmy na wstępne przeszkolenie do Joe, naszego szefa i szefa kuchni Camp Merriwood.

Kiedy Joe napisał do mnie w marcu, czytałam jego maila pięć razy, w kółko i zastanawiałam się co jest nie tak z moim angielskim. Joe napisał ‘I’m in Opole now’ i wydawało mi się to tak niemożliwe, że zaczęłam się zastanawiać, czy mi się to wszystko nie śni. Moja rozmowa o pracę odbyła się w Solarisie(centrum handlowe w centrum Opola, zaraz obok wydziału filologicznego). Pracujemy w kuchni, jest nas 6(Joe szef, Pierce drugi kucharz, zastępca Joe no i my 4 Polki).
Po pierwszych dwóch dniach w USA, byłam ciężko przerażona jedzeniem. Ohydne przetworzone żarcie, chleb z gąbki, fast foody, chipsy i słodkie napoje. Po 3 dniach w Merriwood jestem zachwycona. Joe gotuje świetne potrawy, na śniadanie mamy np. tosty francuskie/quiche/muf finy/naleśniki, a do tego zawsze jogurty, płatki i świeże owoce. Na lunch i kolację zawsze wystawiamy salad bar, na którym wyłożone są świeże warzywa, sałatki i nasiona. Jest możliwość, że się upasę ale przynajmniej zdrowym jedzeniem.
Żeby nie przybrać ‘amerykańskich rozmiarów’ możemy korzystać ze wszystkich sprzętów na obozie. Na razie pływam w jeziorze i biegam po lesie, bo cała reszta sprzętu jest dopiero rozkładana. Na pewno w pierwszy wolny dzień popłynę sobie kajakiem na drugą stronę jeziora. Amerykanki obiecały, że nauczą mnie grać w Lacrosse, bo to chyba jedyna szansa, żeby spróbować.
Nasz domek jest położony na samym końcu obozu, nad samym brzegiem jeziora. Jest mały i skromny, ale bardzo przytulny. Mamy dwa pokoje i łazienkę. Musimy zamykać drzwi, albo siatkę na owady, bo wokół jest mnóstwo wiewiórek, które włażą do środka. Kiedy wracam wieczorem z pod prysznica(jest jeden wspólny domek z prysznicami), modlę się, żeby nie spotkać skunksa.



Większość dziewczyn na obozie, to oczywiście Amerykanki, są też Brytyjki, Niemka, Francuzka, Holenderka, Szkotka i Australijka, która jest po prostu świetna. Potrafi rozpalić ognisko w 5 sekund, zamiast większości ciuchów przywiozła namiot i zamierza w dniach wolnych wędrować po okolicy. Strasznie różni się od Amerykanek, które obrabiają jej tyłek ile wlezie, ale gdy tylko pojawi się w okolicy, szczerzą się do niej i udają super koleżanki. Ogólnie jest tu na razie 50 bab, więc plotki mnożą się szybciej niż bakterie, ale oczywiście każdy udaje super przyjaznego i oddanego. Na szczęście my trzymamy się razem i dobrze bawimy. Dziewczynki przyjadą na obóz w niedzielę i wtedy zacznie się jazda…