Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uniwersytet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uniwersytet. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Zalewaja ucieka do Kaohsiung


Mimo iż prawie cały weekend spędziliśmy razem, nie było nam wesoło. Wszystko dla tego, że były to nasze ostatnie wspólne chwile, a w niedzielę zaczęły się pożegnania. Pierwsza wyjechała moja Zośka, smutno było patrzeć jak się pakuje i jak nasz pokój pustoszeje. O 11:00, kiedy wsadziłyśmy ją do taksówki, prawie wszystkie się poryczałyśmy. Na szczęście Zośkę spotkam jeszcze w Taipei, bo lot ma dopiero w piątek wieczorem, a teraz zwiedza.
Zosia i B.T w Taroko, listopad 2011
Lejnata i Kelisy. Sun Moon Lake, wrzesień 2011.
W trójkę(z L. i K.) poszłyśmy na ostatnie śniadanie ‘w polskim gronie’. O 15:00 odwiozłyśmy Lejnatę na dworzec i wsadziłyśmy w autobus do Taoyuan(lotnisko). Tak Lejnata rozpoczęła swoją 3 tygodniową podróż po południowej Azji(strasznie jej tego zazdroszczę! Ale trzymam kciuki i życzę dobrej pogody!).
W nocy wyjechała B.T. Z nią najtrudniej było mi się pożegnać(nie wiem co będzie w piątek, kiedy po raz ostatni zobaczę Zośkę). B.T obiecała, że w lipcu przyjedzie do Polski, teraz już nie ma wyjścia, bo inaczej to my pojedziemy jej szukać do Bangkoku. Wyjeżdżała w środku nocy, nie dość, że my miałyśmy zepsute humory to jeszcze zaczęło lać jak z cebra, a wiatr zrzucił mi Celinę(roślinka) z parapetu, o 4 nad ranem sprzątałam ziemię z balkonu i płakałam jak bóbr.
Ai, Saori i Riho. Wigilia 2011.
Rano obudziłam się w pokoju pełnym obcych rzeczy. Dzisiaj wprowadziły się do mnie 3 Tajwanki. Na razie są ciężko przerażone moją obecnością i tylko jedna mówi po angielsku. Niespodziewanie zmieniły się też plany K., która musiała się dzisiaj wynieść z akademika, zobaczymy się ‘kiedyś gdzieś w Polsce’. Zaraz idę pożegnać się z Katuoo(wraca do Tajlandii), a wieczorem z Woo Joo, który jutro rano wyjeżdża do Taipei, a w sobotę wraca do Seulu. Jutro wyjeżdża też Iza.
Woo Joo, smok i ja. Taichung, grudzień 2011
Nowy rok 2012 w Taipei.
Tak minął semestr zimowy- przerażająco szybko. Jestem bardzo szczęśliwa, że miałam okazję spotkać tych wszystkich, świetnych ludzi z wymiany. Kiedy wracam do wszystkich dzikich i szalonych przygód jakie przeżyliśmy razem na Tajwanie, jest mi żal, że już prawdopodobnie nigdy nie spotkamy się w takim samym składzie. Mam nadzieję, że spotkam jeszcze każde z nich, chociażby z osobna, ‘kiedyś, gdzieś na świecie’.
Nasze ostatnie wspólne zdjęcie w Taichung, 14 stycznia 2012. Brakuje tylko K. która je robi.
Siedzę sama w pokoju, właściwie nie sama, ale z moimi nowymi współlokatorkami, jedna śpi z twarzą na biurku Zośki, druga gra w jakieś gry komputerowe, trzecia wyszła. Nie mam zamiaru się kisić w Kaczym Dole i jutro rano wyjeżdżam na kilka dni do Kaohsiung(tam wciąż jest lato), a później do Taipei.  Postaram się dzisiaj zaplanować jakieś posty, bo nie zabieram z sobą komputera. Jeżeli jednak nie zdążę, to wybaczcie, na bloga wrócę dopiero za tydzień. Życzę Wam miłego tygodnia!

sobota, 24 grudnia 2011

OIA robi nam święta...

Na początku grudnia OIA zaproponowało nam wzięcie udziału w zabawie świątecznej, którą organizuje co roku uniwersytet. Jako, że moja wcześniejsza współpraca z OIA, kończyła się prawie zawsze źle, sceptycznie podeszłam do sprawy, tak samo jak większość obcokrajowców. Jednak po konsultacji z chłopakami, stwierdziłam- a co mi tam(nie powiem że nie skusiły mnie nagrody). Chłopaki próbowali mnie zrobić w konia, twierdząc że w ogóle się nie przygotowują, że wyjdzie jak wyjdzie, ale szczegółów nie chcieli zdradzić. Nie dałam się jednak nabić w butelkę i najpierw zrobiłam małe rozeznanie co Tajwańczycy wiedzą, a czego nie. Okazało się że nie wiedzą za dużo o świętach, dla nich to taki okres w którym wszędzie wiszą światełka, stoją choinki i są wyprzedaże. No i jest Santa Claus, co rozdaje ulotki w supermarkecie. W ten dzień pary chodzą na romantyczne randki do Starbucksa i piją tam gorącą czekoladę. Przećwiczyłam też swoją prezentację na dziewczynach z mojej klasy. Jedna zapytała mnie jak smakuje sernik. No i wtedy poczułam się jak zupełna kosmitka. Po angielsku sernik to cheese cake, problem polega na tym, że oni znają tylko żółty ser, biały to jakaś czarna magia(aż się boję ile by tutaj kosztował, jeżeli mleko kosztuje 7zł za litr). Więc musiałam wytłumaczyć, że to nie to samo co pizza, że słodkie itp. Niestety w tym wypadku moja angielszczyzna padła. Jak komuś wytłumaczyć jak smakuje coś czego nigdy nawet na oczy nie widział?
Wracając do imprezy. Na początku przemówił rektor, ale nikt go specjalnie nie słuchał(może i lepiej bo stwierdził, że to Dickens wynalazł święta), bo akurat otwarto namiot z jedzeniem i Tajwańczycy rzucili się do niego, jakby tydzień nic nie jedli, a ja stałam pod drugim namiotem, bo z powodu ‘rekwizytów’ nie mogłam się pokazywać. Miałam tylko 8 minut, więc postanowiłam kupić publikę najciekawszymi polskimi zwyczajami. Do tego OIA poinformowało nas, że nie możemy użyć prezentacji Power point bo impreza odbędzie się na zewnątrz i nie będzie warunków. Oczywiście zrobili mnie w jajo i można było korzystać z komputerów, na szczęście przygotowałam swoją własną wersję Power Pointa(na dużych kartkach z bloku). Zaczynając prezentację poinformowałam publikę, że oto przed nimi światowa premiera nowej wersji programu. Opowiedziałam o opłatku, o karpiu w wannie, o sianku pod obrusem, o pierwszej gwiazdce, aniołku zamiast Mikołaja, Pasterce i o zwierzętach mówiących ludzkim głosem. Karp w wannie i gadające zwierzaki wzbudziły największe zainteresowanie. Wiedziałam, że chłopaki coś knują, więc postanowiłam zwiększyć swoje szanse na zwycięstwo i z reszty bloku zmontowałam sobie aniele skrzydła. Tajwańczycy lubią, żeby było KE AI(słodko), więc anioł zrobił furorę(niestety skrzydła były zbyt wiotkie i miałam z nimi mnóstwo problemów na wietrze). Moja prezentacja była w 3D(Karpia naprawdę dało się włożyć do wanny), a do tego miałam piękną hostessę Kelisy(dziękuję).
Zdjęć z imprezy jeszcze nie mam. Musicie więc uwierzyć mi na słowo, że przebrałam się za Anioła.
Chłopaki z ONZ, w składzie Hakan z Turcji, Tom z Ghany, David z Niemiec, Behzod z Uzbekistanu wspomagani przez Demet(Turcja), zrobili totalne show. Czapki z głów, aż mi skrzydła z wrażenia odpadły! Odegrali scenkę ‘Najgorsze święta w życiu’ podczas której każdy zatańczył tradycyjny taniec ze swojego kraju. Każdy oprócz Davida, który zaśpiewał piosenkę po niemiecku i zajodłował niczym Heidi z gór. Oczywiście wygrali, drugie miejsce zajęli Tajowie, którzy opowiadali zupełnie nie na temat, ale studentów z Tajlandii jest 80 i głosowali na swoich. Ja zajęłam 3 miejsce, co bardzo mnie cieszy. Jedyne czego nie przewidziałam to, to że anioł przyniesie mi niechcianą sławę. Następnego dnia na stołówce popiskujące dziewczynki pokazywały mnie palcami, a reszta już bez kompletnego skrępowania przystawała i gapiła się na mnie z otwartymi ustami.
Impreza skończyła się kolacją nieopodal uniwersytetu w mniejszym już towarzystwie.

czwartek, 15 grudnia 2011

Empatia?

Środa- dzień tygodnia, którego na Tajwanie najbardziej nienawidzę. Wszystko przez basen, kto czytał ‘Godzillę na basenie’ wie o co chodzi. Animal Planet skontaktowało się ze mną po tamtym poście i zaproponowało mi własne reality show, ale za mało chcieli zapłacić, więc się nie zgodziłam. W tą środę jednak miałam ochotę zachować się jak prawdziwa Godżilla i urwać głowę naszemu ‘trenerowi’. Kazał nam pływać kraulem przez 10 minut bez przerwy. Ok., w końcu po to przyszłam na basen, żeby pływać, a nie fikołki robić. Problem w tym, że moja Zośka, ma wadę serca i nie może się tak męczyć. Tylko, że Zośka to dumna Koreanka(to jest chyba najdumniejszy z Azjatyckich narodów) i nie przyznała się, że nie może i nie da rady. Po kilku długościach, postanowiłam sobie odpocząć i ‘przyleniwiłam’ żabką, dopływam do brzegu i widzę Zośkę, trzymającą się jedną ręką brzegu, a druga za serce. Podchodzę do niej i pytam co jest. Na to Zośka, że jej słabo i chyba zaraz zemdleje. No to ja ją łapię i ciągnę do wyjścia. Zośka nie ma siły wyjść z basenu. Trener- głupek leśny, bardzo dobrze nas widzi i macha i gwiżdże na mnie, żebym ją zostawiła i płynęła dalej, ja odmachuję żeby może podszedł i mi pomógł. Nic, on ma to gdzieś. W końcu Zośka wychodzi z basenu i zgięta w pół idzie do niego. Mierzy jej puls i każe iść do jacuzzi. Jestem jeszcze w basenie i widzę jak Zośka coraz wolniej i słabiej idzie w kierunku schodków do jacuzzi. Asystent leśnego głupka, ten co przynajmniej mówi po angielsku, gapi się to na Zośkę to na mnie, stojącą po środku basenu. W końcu wściekła krzyczę „Co się k#%^&** gapisz! Łap ją bo zaraz zemdleje”, on biegnie za nią i w ostatniej chwili sadza na podłodze. Nikt nie zwraca na to uwagi, reszta dalej pływa, trener łazi wzdłuż brzegu i dogląda jak kto macha nogami. Idę po Zośkę, wyprowadzam ją z basenu, na co trener mówi tylko ‘następnym razem wolniej’…
To co miałam ochotę zrobić panu 'trenerowi'.
W szatni kładę Zośkę na ręczniku, opieram jej nogi o ścianę i proszę jedną z dziewczyn, żeby wytłumaczyła temu kretynowi, że Zosia ma wadę serca, o czym mówiła mu przy okazji testu sprawnościowego i nie może tyle pływać. Po przyjściu do akademika Zośka bierze leki i kładzie się spać. A ja nie wiem kto tutaj jest głupszy, on który w ogóle jej nie pomógł, chociaż to jego zasrany obowiązek, czy ona, która wiedząc, że nie może, płynęła dalej, bo przecież w Azji ‘okazanie słabości czy złości to straszny nietakt’.
Zaczynam uważać, że empatia w tej części Azji nie istnieje. Jesteś słaby, masz problem? Twoja sprawa. Przetrwają tylko najsilniejsi, a jak zginą słabi to nikt nie zauważy, w końcu tyle tutaj ludzi. Przypomniał mi się post, który na FB zamieścił w październiku Martin jeden z ‘naszych’ Czechów. „Na Tajwanie nie oczekuj pomocy od przechodniów, nawet gdy robisz komuś masaż serca”, nikt nawet nie zadzwoni na pogotowie, odwrócą wzrok, uciekną. Jedynymi empatycznymi istotami zdają się być Tajowie, mimo iż czasami infantylni, ale serca mają złote.
Jestem na tyle uprzywilejowana, że jak ‘Amerykance’ się coś stanie to będzie afera, więc mi zawsze ktoś pomoże, ale wolałabym żeby nie wynikało to ze strachu.

środa, 14 grudnia 2011

Sekrety tajwańskich kuchni...

Jak prawie codziennie, siedziałam sobie na stołówce i wcinałam coś dobrego. Siedzę, siedzę, gmeram pałeczkami w talerzu. Ludzie złażą się na obiad, ale zdecydowanie jest jeszcze przed ‘godziną szczytu’, czyli 17:00. Nagle kątem oka, wyłapuję coś małego przemieszczającego się po podłodze. Na początku wydaje mi się, że to złudzenie, jednak po minie chłopaka który siedzi przy stoliku obok, widzę, że coś jest nie tak… 'Karaluch', myślę sobie i wracam do prób eleganckiego zjedzenia makaronu pałeczkami(niemożliwe). Jednak po chwili znowu coś przebiega między stolikami, a chłopak robi minę jakby się miał zaraz rozpłakać. Patrzę to na niego, to na podłogę i nagle spod stolika, spokojnie i powoli wychodzi… szczur. Dumnie kroczy między stolikami, strzygąc wąsami. Chłopak zielenieje, patrzy na mnie ja patrzę na niego i czekamy które pierwsze zacznie wrzeszczeć. Dodam, że szczur ma nas totalnie w d… i spacerkiem idzie przez środek stołówki, mija się z jedną z kucharek, która patrzy na niego bez emocji, po czym znika(szczur) w skrzynkach na drugim końcu sali. Biedny chłopak nie dojada obiadu i wybiega. Chyba przestanę tam chodzić, chociaż… takie mają dobre bakłażany, a może szczury też są smaczne?

wtorek, 13 grudnia 2011

Historyjki z zeszłego tygodnia. Poniedziałek.

Z niesmakiem stwierdziłam w poniedziałek, że w tym roku Mikołaj mnie totalnie olał. Nic, nawet rózgi nie dostałam! A przecież siedmiogodzinna różnica czasu ułatwia tylko sprawę! Mikołaju! Tak się bawić nie będziemy i jeżeli w przyszłym roku wytniesz mi znowu taki numer, to przejdę do teamu dziadka Mroza!
Mój tegoroczny prezent mikołajkowy. Figa, nawet bez maku...
W poniedziałek były  też urodziny króla Tajlandii- Ramy IX. Tajowie bardzo kochają swojego monarchę i mimo iż część kraju jest wciąż zniszczona(w tym roku Tajlandię dotknęła straszna powódź, prawie 90% kraju znalazło się pod wodą), hucznie świętowali jego urodziny. Szukając informacji  na jego temat odkryłam, że jest najbogatszym monarchą świata wg. Forbesa, strony internetowe które go krytykują są cenzurowane, a w Tajlandii można nawet pójść siedzieć na 15 lat za taką krytykę(oh zapomniałam, że za krytykę Bronka, też można iść do paki). Ponadto król jest fanem jazzu, a nawet skomponował sam kilka kawałków. Na NCHU w tym roku studiuje 80 studentów z Tajlandii(w tym nasza B.T), więc uniwersytet pomógł im zorganizować imprezę. Był występ chóru, pokaz tajskiego tradycyjnego tańca, fajerwerki i wyżerka. Było zimno, ale dziewczyny wystąpiły w swoich tradycyjnych strojach.


Wszyscy, którzy marzyli kiedykolwiek, żeby spędzić wakacje w Tajlandii, mają okazję. Atrakcje turystyczne takie jak Bangkok(oprócz przedmieść) albo wyspa Phucket nie ucierpiały, mimo to wielu turystów zrezygnowało z podróży do tego kraju, więc hotele i linie lotnicze poobniżały ceny, żeby przyciągnąć nowych.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Frustracja i trochę złośliwości...

Nie sądziłam, że to kiedykolwiek nastąpi i że kiedykolwiek się do tego przyznam, ale od jakiegoś czasu uczę angielskiego. Po spadku częstotliwości postów możecie się chyba domyśleć od kiedy. Problem polega na tym, że odkąd wybrałam taki a nie inny kierunek studiów, obiecałam sobie, że nauczycielką NIE BĘDĘ. Takie podejście do owego zawodu, wyrobiły we mnie moje nauczycielki z czasów od zerówki do ogólniaka. Oczywiście znajduje się w gronie moich nauczycieli kilka osób, które bardzo lubię i absolutnie mają powołanie do zawodu, ale niestety jest to naprawdę mniejszość. Przez 3 lata mieszkałam zaraz obok wydziału pedagogicznego i niestety moim skromnym zdaniem w przyszłości będzie jeszcze gorzej.  Przytoczę tutaj rozmowę dwóch ‘studentek’ pedagogiki, której byłam mimowolnym świadkiem. Otóż, pewna jesienna sobota, wraz z moją współlokatorką dźwigamy dumnie siaty z napisem Tesco, do akademika i mijamy ów ‘wydział pedagogiczny’ pod którym stoją dwie, przyszłe nauczycielki. Pominę to że wyglądają jakby powracały z A4(i nie chodzi tutaj o nazwę klubu…) i tylko przez przypadek trafiły na zajęcia, palą i dyskutują ze wzburzeniem „Ch*** je***! Jak on k***, mógł mi tego nie zaliczyć! P*** k***! Przecież ja wiem co to jest SIMPLUS PAST!”. Zrobiłam 3 kroki i z rozdziawioną paszczą pytam G. czy słyszała to co ja. Niestety. Tak dowiedziałam się że w angielskim występuje 17 czasów, jak ja zdałam maturę nie wiedząc o istnieniu simplus past? Pamiętam jakie larum wśród ‘pedagożek’ wybuchło kiedy to pewien prodziekan stwierdził publicznie, że jeżeli ktoś się nie chce na studiach uczyć, to pedagogika jest dla niego. Faktycznie gra na flecie jako zaliczenie przedmiotu to zadanie karkołomne. Do mojej niechęci do zawodu nauczyciela dołożyła się jeszcze jedna z moich polonistek, zapytała mnie na jakie studia się dostałam, kiedy odpowiedziałam, zaczęła się zachowywać jakbym jej powiedziała, że mam raka i 2 miesiące życia przed sobą, już chciałam jej odpalić, że w najgorszym wypadku skończę tak jak ona, więc chyba nie jest źle, ale uśmiechnęłam się tylko fałszywie i pożegnałam się. Oczywiście nauczyciele, to na szczęście nie tylko absolwenci pedagogiki, jednak to właśnie Ci mają do czynienia z najmłodszymi i wypaczają nasze umysły na samym początku edukacji. Dlatego powinni być poddawani takiej selekcji jak żołnierze Specnazu, a jak ktoś mi powie o złych warunkach, niskiej płacy i potwornych dzieciakach odpowiem: sratatata sratatata, to trzeba było się nie pchać na takie studia.

Dlatego, kiedy na pierwszych zajęciach jedna z dziewczyn zwróciła się do mnie per „Lao Szy”(czyli nauczycielu), poczułam się jakby ktoś mnie uraczył 220V. Kategorycznie zabroniłam tak do siebie mówić, każąc mówić po imieniu, nie ważne polskim czy chińskim, byle nie lao szy. Moja klasa liczy 12 dziewczynek w wieku od 18 do 27 lat. Piszę dziewczynek, bo w większości wyglądają jak uczennice 6 klasy polskiej podstawówki. Sądzę jednak, że polskie sześcioklasistki są o wiele śmielsze od moich uczennic i na tym polega problem. Na pierwszych zajęciach część dziewczyn gapiła się na mnie jak na żabę w formalinie, później jedna z nich powiedziała mi że jestem pierwszym obcokrajowcem z którym kiedykolwiek rozmawiała. Część próbowała się schować za koleżanki, część chichotała nerwowo. Na pierwszych zajęciach powiedziałam kto ja jestem i skąd jestem i dlaczego tutaj jestem i poprosiłam żeby one coś powiedziały o sobie. Cisza i przerażenie na ich twarzach. Proszę Jenny, która siedzi i gapi się na mnie jakbym jej kazała skakać przez ogień, mówi cicho, do tego zakrywa usta dłońmi  „Cześć nazywam się Jenny”, ja: „Powiedz coś o sobie, co studiujesz, co lubisz, czym się interesujesz”, ona blada i przerażona: „eee…lubię eeeeeee…jeść eeeee, studiuję inżynierię środowiska”. Spoko, daje jej spokój, więcej i tak się nie dowiem. Pytam następnej Soffi  „Nazywam się Sofija, lubię spać”. Witki mi opadają. Nikt się niczym nie interesuje? Jakiś sport, książki, muzyka? Nikt nie chce ze mną gadać. Zajęcia są zajęciami dodatkowymi, nie na ocenę i wcale nie muszą się na nich pokazywać, ale przychodzą i czasem się zastanawiam czy robią to tylko z nudów czy z jakiegoś jeszcze innego powodu. Mówię im, że angielski też nie jest moim językiem ojczystym i że startujemy z tej samej pozycji, a nikt się nie nauczył jeszcze obcego języka nie mówiąc ani słowa. Po któryś z kolei zajęciach, część się przełamuje i zaczyna ze mną rozmawiać, śmiać się, a nawet żartować. Co ciekawe najszybciej robią to Chinki z Chin kontynentalnych, poziom ich angielskiego jest bardzo różny, ale nie boją się już mówić. Co do Tajwanek, to nie wiem jak je „otworzyć”(może otwieraczem do konserw?). Kiedy pytam „How are you today?” słyszę „Good”, „How was your day?” “Fine”. “Any plans for weekend?” “No.” No ludzie! W końcu ‘brutalnie’ zmuszam do mówienia, pokazując obrazki I zadając pytania, do tego zabroniłam odpowiadać na pytania jednym słowem, zagroziłam że będę gryźć. Od razu mówię, że nie są takie, bo wymagam od nich niewiadomo czego, albo jestem taka przerażająca, po prostu Azjaci już tacy są. Tutaj lepiej się nie odzywać, a jak już to mówić jak najmniej, świadczy to o kulturze. I jak wypadam na tym tle ja, która mam bloga i częsty słowotok? Plebs i chamstwo Zalewajo! Ot co!

Dla wszystkich „pedagożek”, które poczuły się obrażone powyższym tekstem, mogę dodać na pociechę, że studentki owego wydziału cieszą się największym powodzeniem wśród męskiej części mieszkańców mojego byłego akademika, więc możecie sobie powiedzieć że wam zazdroszczę i już! A teraz szybko zmykać dokończyć zaliczeniową wydzierankę!

A i nawet jeżeli kiedyś zostanę nauczycielką w publicznej szkole podstawowej, gimnazjum, szkole średniej, możecie mi wypomnieć powyższe słowa. Nie sądzę, żeby nawet wtedy moje zdanie w tej kwestii się zmieniło.

sobota, 19 listopada 2011

Wyjazd integracyjny.

Nie przypuszczałam, że zdarzy mi się kiedykolwiek pochwalić OIA, ale cóż, dzisiaj w końcu nadszedł dzień w którym mogę to zrobić. Zorganizowali nam wycieczkę na bambusową farmę. Po super męczącym tygodniu(dlatego nie pisałam tak długo), wyjazd na wieś był świetną opcją. Nawet pogoda się na chwilę poprawiła. Po 8:00 rano wyjechaliśmy z Kaczego Dołu, niebo było czyste i mogłyśmy podziwiać góry. Miasto położone jest w górach, ale bardzo rzadko to widać. W ostatnim tygodniu wilgotność wynosi jakieś 95%, a temperatura 26 stopni, oczywiście wolę to niż ziąb w Polsce, ale nie mogę spać bo jednak jest za gorąco.
W autobusie okazało się, że 80% uczestników wycieczki to Chińczycy z wymiany. Organizatorki postanowiły umilić nam podróż i po tym jak każdy się przedstawił, odpaliły karaoke. Ciekawe, że normalnie Azjaci są strasznie nieśmiali, ale na karaoke uwielbiają chodzić i wydzierać się tam w niebogłosy(cóż, to chyba jedyne miejsce gdzie można to robić bezkarnie). Na początku próbowałam się zmusić do słuchania strasznie ckliwej piosenki o miłości, szczególnie, że był to straszny fałsz… Zapchałam uszy słuchawkami i udawałam, że śpię. Na szczęście nie jechaliśmy za długo.


Cóż, są i złe strony braku zimy...

Farma bambusa, na którą nas zabrali, leży w środku pól ryżowych i sadów. Na początku obejrzeliśmy, krótki filmik o farmie, później poubieraliśmy bambusowe kapelusze i wygłupom nie było końca. Zanim przyjechałam na Tajwan, wydawało mi się, że takich kapeluszy się już nie nosi, że ewentualnie są częścią jakiegoś tradycyjnego stroju. Szybko się przekonałam, że te kapelusze to po prostu pierwotna wersja kasków i noszą je tutaj ludzie sprzątający ulice, robotnicy i rolnicy. Taki kapelusz kosztuje 100NTD, czyli 10zł, ale chyba musiałabym w nim siedzieć w samolocie, jeżeli chciałabym go przywieźć sobie na pamiątkę.

Taki kapelusz, to standardowe wyposażenie robotnika.


Przy okazji wycieczki, wyszła też dość ciekawa różnica pomiędzy Tajwańczykami, a Chińczykami z kontynentu. Już wcześniej słyszałam, że Tajowie i Tajwańczycy, to dwa najbardziej infantylne narody Azji. Zgadzam się w 100%, chociaż ok. dużo o Azji nie wiem, acz nie wydaje mi się żeby można było być bardziej ‘ke ai’(czyli słodkim) niż te dwie nacje. Podejrzewałam, jednak że różnica między nimi, a Chińczykami jest nieznaczna. Na szczęście Ci z wycieczki okazali się być normalni! To aż podejrzane jest, odzwyczaiłam się chyba już od normalności i ‘nie słodkości’. Cóż… muszę się przyznać, że ostatnio kupiłam różowy zeszyt i chodzę pod różową parasolką, chyba ze mną źle…



Poletko ryżowe.
Fajnym pomysłem było też wspólne lepienie klusek. Przepis jak na nasze pyzy z mięsem, tylko zamiast zwykłych, słodkie ziemniaki, a w środku grzyby i krewetki. Po ulepieniu, zanieśliśmy je do kuchni, gdzie gotowały się na parze, a my w tym czasie poszliśmy dalej.


Około 13:00 podano nam obiad. Same dobre rzeczy, z resztą jak zwykle.
Ryż z grzybami gotowany/zapiekany i podany w bambusie.

Poczęstowano nas 'wodą przefiltrowaną bambusowym filtrem'.
Po wypiciu kubka, dowiedziałam się, że to woda z tej rzeczki. Przemiana materii od razu przyśpieszyła.
Później sadziliśmy swoje własne roślinki i każdy dostał swoją do domu. Chińczycy i Tajwańczycy wierzą, że bambus przynosi szczęście. Może i coś w tym jest bo naprawdę fajnie się bawiliśmy przesadzając nasze ‘szczęście’ do większych doniczek. Tak i zostałam właścicielką roślinki o imieniu ‘Celina’(nazwałam ją tak, od tytułowej bohaterki piosenki Kazika). Stoi teraz u mnie na balkonie i upiększa moją panoramę Kaczego Dołu.

Na koniec wycieczki poszliśmy do sadów, gdzie pozwolono nam narwać sobie owoców. Zbieraliśmy smocze owoce i gujawy. Fajnie się łazi po normalnym sadzie, gdzie latają motyle wielkości naszych nietoperzy i patrzeć na przyrodę wokoło. Najśmieszniejsze jest to, że te fikusy, palmy i inne rośliny, które w Polsce hodujemy w wersji doniczkowej, tutaj osiągają rozmiary XXL, większość jest mi znana, tylko nieustannie się dziwie, że takie wielkie to urosło.


niedziela, 16 października 2011

Impreza, impreza.

W piątek 14 października, półtorej miesiąca od naszego przyjazdu, odbyło się oficjalne przyjęcie powitalne. Zorganizowało je nasze ukochane, nieudolne i nikomu do niczego nie potrzebne OIA(czyli biuro współpracy międzynarodowej). Jako że większość studentów z wymiany miało z OIA tylko problemy, nikt specjalnie nie chciał iść. Jednak wszystkich skusiła darmowa wyżera(nawet Niemców). Panie z OIA, które na co dzień najchętniej by nas wszystkich otruły, uśmiechały się do nas ze szczerością porcelanowych lalek. Usadzili nas i zostaliśmy oficjalnie powitani przez rektora(bardzo sympatyczny, ale ‘na górze’ chyba nie wiedzą jak funkcjonuje OIA, chociaż na UO jest identycznie). Zapobiegliwi organizatorzy puszczali aplauz z mp3, co wywołało salwę śmiechu na widowni. W ramach układu artystycznego wystąpił Feisy z Ghany i uczył wszystkich afrykańskich tańców, co wywołało jeszcze większą wesołość. W końcu pozwolono nam jeść. Jedzenie było bardzo dobre, do tego w rogu Sali ustawiono samowary z herbatą. W pewnym momencie, nie wiadomo skąd pojawił się wielki Hindus(2 metry jak na Azjatę to naprawdę anomalia) z litrową butelką, czegoś bardzo podejrzanego. Bez jakiej kol wiek konspiracji otworzył jeden z samowarów, w którym kończyła się herbata, wlał zawartość butelki, dopełnił Spritem, po czym rzucił flaszkę pod stół, napełnił sobie kubek i oddalił się. Ekipie europejskiej zaświeciły się oczy i postanowiliśmy spróbować tego wynalazku. Jednak polska, ukraińska i rosyjska wódka jest najlepsza. Myślałam, że Hindusi nie piją, bo zabrania im religia, teraz już wiem że nie jest to jedyny powód…
Pozdrawiam Tych, którzy wrócili rankiem, następnego dnia. Więcej zdjęć wrzucę, jak je zdobędę.
Dalsza impreza była raczej drętwa, więc przenieśliśmy się do pobliskiego baru. Czesi, Amerykanie, Koreańczycy, Japonki, Polki, Tajki, Tajwańczycy, Włosi, Hindusi, Filipińczycy i Niemiec. Po kilku piwach intensywna wymiana językowa, zeszła na bardziej potoczny język, szczególnie gdy Woo Joo(Koreańczyk) zaczął się popisywać znajomością bluzgów, które słyszał będąc w Polsce. Nawet Tajwańczycy pękli i nauczyli nas czego lepiej nie mówić, ale co dobrze rozumieć… Zdecydowanie impreza w barze, była lepsza niż impreza OIA. I mogę Wam teraz napisać po koreańsku: 사랑해(saran hen), japońsku 愛し(ai szy te) i tajsku ผมรักคุณ(szalakhun)- kocham Was(Cię).
Niestety w Taichung panuje imprezowy deficyt. Wstęp do klubów kosztuje nawet 60zł! I to nie jakiś super ekstra klubów, tylko czegoś na poziomie opolskiej Ciny. W środy są Ladies Night i dziewczyny mogą wejść za darmo, jeżeli są na szpilkach, co w moim przypadku tutaj raczej niemożliwe, bo gdy założę szpilki, wezwą weterynarza, żeby uśpił i zabrał żyrafę, z powrotem do ZOO.

środa, 28 września 2011

Godżilla na basenie.

Już prawie się przyzwyczaiłam do tego, że ludzie wytykają mnie palcami na ulicy, a małe dzieci z wrzaskiem uciekają do rodziców, albo krzyczą głośno „Wai guo Ren!”(obcy!). Czasem w ogóle nie zwracam na to uwagi, albo po prostu się śmieję. Nigdy nie myślałam, że mój bardzo standardowy wzrost- 178cm, sprawi mi tyle problemów. Wystawanie ponad tłum na bazarze czy w kolejce, jest całkiem fajne- wszystko widać, nie dusi się człowiek i nie zgubi. Dzisiaj przekonałam się jakie śmieszne sytuacje mogą spotkać wysokiego człowieka w Azji.

Zapisałam się na pływanie. Zdjęcia basenu w folderze- suuuper, wymiary olimpijskie- 50x25m, słupki do skakania, obok drugi mniejszy basen, sauna i jacuzzi. No po prostu raj, w Polsce jest tylko kilka basenów o takich wymiarach(niedługo Politechnika Opolska będzie miała swój). Niestety już pierwsze zajęcia na basenie, zweryfikowały moją ocenę. 50 metrowy basen jest, ale ma tylko 160cm głębokości, nie mam pojęcia po co w takim razie słupki do skoków. Drugi basen ma 110-130cm. Jak wyglądają zajęcia? Komicznie. Najpierw jest 15 minutowy wykład o tym co będziemy robić(nic nie rozumiem, całość po chińsku), później 10 minutowa rozgrzewka, prowadzona przez asystenta naszego instruktora. Później wszystkich zapędzają do korytarza i puszczają zimną wodę z rur(sceny jak z filmu o więzieniach, dziewczyny piszczą, przewracają się, a ja stoję w szatni i robię wielkie oczy), że niby prysznic. Później instruktor pokazuje jak powinno, a jak nie powinno się wchodzić i wychodzić z basenu. Po piątym z rzędu pokazie, pytam Zośki, czy ja mam halucynacje, czy to się dzieje naprawdę. Następnie mamy przejść basen od brzegu do brzegu, zanurkować, zanurkować i obrócić się, aż w końcu instruktor robi w wodzie fikołka do przodu, co wywołuje dziki aplauz wśród uczniów, każdy próbuje zrobić, ale z marnymi rezultatami. Wszystko dzieje się na głębokości(?) 110cm, koleś każe mi zrobić fikołka, robię, tłukę sobie łokieć o dno. Strasznie mi głupio bo jak się wyprostuję to na 110cm, woda sięga mi do pępka, 2 metry dalej na 130cm stoi dziewczynka, woda sięga jej do brody, patrzy na mnie „spod byka”, bo nie wychodzą jej fikołki. Zajęcia trwają 2 godziny i w większości facet każe robić różne głupie rzeczy, dobre chyba dla 3-latków(uklęknij na dnie, dotknij ręką dna itp.), a nie studentów. Mimo wszystko zajęcia strasznie mnie zmęczyły, założę się że od powstrzymywania się od śmiechu, pękło mi co najmniej jedno żebro. Za tydzień chyba sobie odpuszczę basen i pojadę do Muzeum Nauki, bo w środy wstęp na płatne wystawy jest za free. Nauczka: nie należy ślepo ufać folderom promocyjnym.

wtorek, 27 września 2011

Polski 'pijar'

Zawsze chce mi się śmiać, kiedy jakiś głupi wyskok naszych polityków za granicą, jest komentowany w kraju tekstami typu „wstyd na cały świat”, a potem przeżywany i przeżuwany przez wszystkie telewizje następny tydzień. Nie oszukujmy się, że poza granicami Polski, kogo kol wiek to obejdzie. Na szczęście, bo(tutaj bym się wypowiedziała o naszym prezydencie, ale jeszcze mnie zamkną jak tego kolesia z antykomor.pl)…
Moja amerykańska nauczycielka, zapytała czy Polska jest w UE, a pod koniec zajęć, zaczęła opowiadać o prezydencie jakiegoś europejskiego kraju, który zginął w katastrofie lotniczej i nagle popatrzyła na nas i przypomniało się jej, że to chyba prezydent Polski. Kobieta ma wyższe wykształcenie(Uniwersytet Stanu Georgia).
Jestem mile zaskoczona wiedzą Tajwańczyków na temat Polski. Niemal każdy, wie chociaż gdzie znajduje się ów dziwny kraj i kto to był Chopin, co na zachodzie Europy jest rzadkością(kiedyś pewna Holenderka zapytała mnie czy Polska leży w Afryce). Kilka osób znało nawet kilka faktów z naszej historii, co już kompletnie mnie rozbroiło. Głupio było się wtedy przyznać, że mój kraj nie uznaje ich niepodległości, a większości ludzi Tajwan, kojarzy się z naklejką na sprzęcie RTV „Made In Taiwan”. A teraz sami przed sobą, co wiecie na temat Tajwanu? Stolica, lokalizacja? Biję się w pierś i przyznaję, że zanim zaczęłam się uczyć chińskiego, nie wiedziałam prawie nic.
Dzisiaj na zajęciach dyskutować mieliśmy o samobójstwach w krajach Skandynawii, ale skończyło się na obniżeniu ratingu USA. Donna kazała nam oceniać swoje kraje w skali od 1(najwyższa ocena)- 10(najniższa), pod względem szczęścia obywateli, gospodarki, polityki itp. wyniki okazały się bardzo ciekawe. Japonki oceniły swój kraj na 8, bo Japonia jest bogata, młodzi ludzie mają przed sobą dużo perspektyw itd. Koreańczycy stwierdzili, że dają sobie tylko 3, bo mają nieudolny rząd i muszą ciężko i długo pracować(po 10 godzin dziennie), a później opłacić wysokie podatki. I. wystawiła Polsce 5, z czym się totalnie nie zgodziłam, ale o tym później. Tajwańczycy oceniali swój kraj od 2 do 9. Uzasadnienie, chłopaka który wystawił 9, bardzo mnie rozbawiło. Donna: 2?! Dlaczego tylko 2?! Chłopak: Bo na Tajwanie nie ma sztuki i jest mało muzeów. Donna: Zaraz, eee, sztuki, masz na myśl A-R-T(SZTUKĘ), dlatego tak nisko? Chłopak: Tak, miasta są brzydkie, jest mało zieleni. W klasie cisza. Nie wyrobiłam i po zajęciach podchodzę i pytam: Dlaczego tak nisko, z czym porównujesz i gdzie byłeś, że tak myślisz? Chłopak: Nie byłem za granicą, ale znajomi mówili mi, że inne kraje są o wiele ładniejsze i jest o wiele więcej muzeów. Ja: A byłeś we wszystkich muzeach Taichung, może coś polecisz? Jesteś z Taichung? On: Tak, urodziłem się tutaj. Byłem w Muzeum Nauki. Ja: Tylko? On: Reszta mnie nie interesuje. Ja: To dlaczego mówisz, że jest mało muzeów. On: Eee, hmmm, noo… [cisza]. A podobno narzekanie jest naszym narodowym sportem.

Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy Polaków i Tajwańczyków. I oni i my mamy silny pociąg do Ameryki. Oczywiście z punktu widzenia geopolitycznego, to logiczne. My chcemy oprzeć się Rosji, oni muszą mieć dużego sojusznika, bo Chiny wciąż uznają Tajwan za część swojego terytorium. I nam i im Amerykanie wcisnęli używane F16, a teraz i my i oni mamy problem, bo ktoś musi to padło wyremontować. Dzisiaj na Onecie, znalazłam nawet artykuł o tym, że Chiny zagroziły ochłodzeniem stosunków z USA, jeżeli ci wyremontują tajwańskie samoloty. Kiedy Polacy kupili F16, Rosjanie rozmieścili na terenie Białorusi nowe rakiety przeciwlotnicze.
Uwielbienie Tajwańczyków dla Ameryki, wyraża się w samej nazwie Mei Guo(Ameryka)- piękny kraj. Czasem irytuje mnie kiedy wszyscy pytają „Ni szy Mei Guo Żen ma?”(Jesteś Amerykanką?/biała twarz= Ameryka), ale kiedy odpowiadam „Bu szy. Ło szy Polan Guo”, mówią , już po angielsku „Aaa! Chopin, Europe itp.” 

Co do mojej oceny Polski. Nie zgadzam się z I. że większość jest zła, brudna i w ogóle fuu i trzeba wszystko zmienić. Trzeba zobaczyć coś więcej niż rodzinne miasto(w tym przypadku ‘stolyce’), chociażby po to żeby umieć uzasadnić swoje zdanie. Według mnie Polska zasługuje na 7 albo nawet 8. Nie doceniamy tego co mamy, tego że nie jesteśmy tak zepsuci i napuszeni jak chociażby Niemcy, że mimo wszystko wciąż nam się chce, uczyć, walczyć o siebie, rozwijać. Nawet za to, że łatwiej nam się uczyć języków obcych, bo przecież nasz jest najtrudniejszy na świecie. Dopiero w międzynarodowej klasie, doszło do mnie jakim ułatwieniem w nauce są dla mnie „sz”, „cz”, dż”, dźwięki obecne w chińskim, dla reszty klasy będące wielkim problemem. Nie doceniamy tego, że możemy wyjść na łąkę czy pole i cieszyć się przestrzenią. Spójrzcie na satelitarną mapę Tajwanu, całe wschodnie wybrzeże to jedno wielkie miasto! My jeszcze wciąż w coś wierzymy i nie są to Pokemony czy Gwiezdne Wojny. Oczywiście jest i ‘ciemna strona mocy’- za sytuację polityczną, odjęłam 2 punkty, może znajdą się jacyś Jedi i przywrócą równowagę? 
Jako, że świat mało wie o Polsce(chociaż nam trudno to przyjąć do wiadomości), wizerunek naszego kraju zależy od głównie od nas. Biedna Polska wystarczająco się już wycierpiała, żebyśmy jeszcze na nią pluli.
Chcieć znaczy móc- polski samochód Leopard, kosztuje 125000 euro, a złożenie jednego trwa miesiąc. Jest tak wiele rzeczy z których możemy być dumni, a nawet o nich nie wiemy. Narzekanie jest łatwe, ale może jednak warto się czasem wysilić i zastanowić nad tym co dobre?

wtorek, 20 września 2011

Życie i śmierć.

Tak, tak bardzo filozoficzny tytuł posta. Zaraz wszystko wyjaśnię. Świętuję dzisiaj, wczoraj w sumie też świętowałam, swoje urodziny. Życie na 2 strefy czasowe ma to do siebie, że kiedy ja wstaję, wielu z Was dopiero się kładzie spać, więc każdy mój dzień trwa 30 godzin(24+6 różnicy międzystrefowej).
Laurka urodzinowa, którą dostałam od Baitoei, koleżanki z akademika.
Dzisiaj zaczęły się prawdziwe zajęcia na uczelni, żadnych spraw organizacyjnych, podań i ganiania z zajęć na zajęcia, byleby tylko wykładowca przyjął i podpisał „żółte papiery”(mój”indeks” jest żółty). Strasznie się bałam moich zajęć z ustnego angielskiego. Wybrałam poziom 2 i kiedy okazało się, że wykładowczyni to Amerykanka, trochę spanikowałam, ale teraz jestem bardzo zadowolona. Rozdała nam artykuły z Timesa do dyskusji na zajęciach.
Temat: Śmierć. 
Popatrzyłam po klasie. 22 Tajwańczyków, 2 Japonki,2 Tajki, 2 Polki, Koreanka, Koreańczyk.
Nie mam problemów z rozmową na temat śmierci, ale po angielsku sprawa wygląda inaczej. Z resztą nawet nie to było dla mnie największym problemem. Słyszałam już wcześniej, że śmierć jest jednym z wielu tematów tabu we wschodniej Azji, więc nie bardzo wiedziałam jak zacząć. Nie mówi się o tym, nie wolno, nie wypada. Tajwańscy studenci, Japonki, Koreańczycy zaczęli się kurczyć w swoich ławkach i kombinować jakby się uchylić od zabierania głosu. Donna, nasza nauczycielka, musiała rozpocząć konwersację, najpierw powiedziała, że doskonale wie, że ten temat na Tajwanie raczej nie istnieje. Opowiedziała o swojej koleżance, Amerykance, która pracuje w Taipei jako agent ubezpieczeniowy i musi bardzo uważać gdy ubezpiecza na wypadek śmierci, niektórzy jej klienci nie życzą sobie nawet by używano przy nich słowa ‘śmierć’. Później wytłumaczyła im, że w Stanach rozmawia się na ten temat normalnie i zapytała czy w Polsce to też tabu. Kiedy odpowiedziałam, że nie, cała 'tubylcza' część klasy spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Donna tłumaczyła im, że może kiedyś będą pracować w zagranicznej firmie, podróżować i będą musieli się zmierzyć z tym tematem. Podzieliła nas na grupy dyskusyjne. Trafiłam do grupy 2 Japonki+ 2 Polki, obok siedziała grupa 2 Tajki+ Koreanka i Koreańczyk, tak więc mogłam uczestniczyć w dyskusji obydwu grup. Donna zadawała nam pytania do dyskusji w czwórkach, pytała o żałobę, o nasze podejście do śmierci i wszelkich mitów na jej temat, a także o narodziny i śmierć. Moje biedne Japonki, nie dość, że bardzo kiepsko mówią po angielsku, były tak zdenerwowane pytaniami, że aż się trzęsły, rozmowa szła bardzo, bardzo ciężko. Tajki- buddystki jako jedyne Azjatki, nie bały się opowiadać o śmierci, bo dla nich jest to przejście do następnego wcielenia. Koreańczycy też byli wystraszeni, ale opowiadali o zwyczajach pogrzebowych i czczeniu pamięci zmarłych. Dowiedziałam się, że na Tajwanie pogrzeb może trwać nawet tydzień, a w Korei zwykle do 3 dni. Koreańczycy i Tajlandczycy w każde święto religijne zanoszą na groby bliskich owoce, ciastka i herbatę by podzielić się ze zmarłymi, w Tajlandii obchodzenie hallowen jest bardzo źle widziane, w Korei to po prostu pretekst do imprezy(jak w Polsce). O Japońskich zwyczajach nie dowiedziałam się nic, bo Riho i Saori nie mogły się przełamać. Następny temat zajęć: Samobójstwa w krajach Skandynawii. Jak tak dalej pójdzie to w aptece koło akademika zabraknie relanium.
Tak wyglądały cmentarze, które dotychczas widziałam. Nie wiem czy są takie zarośnięte, bo ludzie boją się je odwiedzać, czy po prostu nie mają na to czasu.
Strasznie mi szkoda Azjatów, ale głupim wydaje mi się udawanie, że jak się o czymś nie mówi, to tego nie ma. Wiem, że to kwestia religii, ale przecież żadna z nich nie zakłada, że śmierć jest końcem, a z rozmowy wynikało, że ateistów w klasie nie ma. Tak czy siak, wyszliśmy z zajęć w średnich humorach.
I w takich humorach poszliśmy świętować moje urodziny. Japonki uciekły do akademika. Razem z resztą znajomych siedzieliśmy nad jeziorem(sztuczne w środku kampusu), zajadając różne ciastka i inne słodkie rzeczy, w tym miętową Terrawitę(nie mogłam sobie dzisiaj jej odmówić, chociaż tabliczka kosztuje tu 4 zł, czekolada jest droga jak cholera!). Było całkiem fajnie, ale w takich momentach najbardziej bym chciała być wśród najbliższych przyjaciół.
A wracając jeszcze do śmierci, to jutro przyjdzie do nas pan, który zawodowo zajmuje się uśmiercaniem… karaluchów. Trochę się tego obawiam, znając tutejszy rozmach i organizację to otrują karaluchy razem z nami...

poniedziałek, 19 września 2011

Organizacja lub raczej jej brak.

Ile razy zdarzyło mi się kląć na polskie urzędy, procedury i organizację? Miliony razy z moich ust wychodziło słowo na ‘k’ i mówiłam „takie rzeczy to tylko w Polsce”. Dzisiaj muszę się uderzyć w pierś. W Polsce organizacja jest po prostu wzorowa, urzędnicy może czasem wredni, ale przynajmniej coś wiedzą, albo wiedzą gdzie odesłać. No i w razie co zawsze znajdzie się osoba posługująca się jakimś obcym narzeczem. Nie mówiąc już o tym, że obcokrajowiec zostanie obsłużony po królewsku w myśl zasady „zastaw się a postaw się”.
Miniony tydzień na uczelni to była po prostu jakaś wielka pomyłka. Już w niedzielę, kiedy próbowałyśmy jakoś zmontować plan zajęć, okazało się, że biuro wymian dało nam zły spis zajęć. Spis z biura nie pokrywał się z tym w Internecie. Rano we wtorek wykładowcy po kolei wyrzucali nas z zajęć, bo „zajęcia są po chińsku”(w naszym spisie po angielsku), „nie ma miejsca”, albo po prostu i najszczerzej „nie chcę obcokrajowców w mojej klasie”. Około 13:00 zrezygnowani i źli poszliśmy na pierwsze zajęcia, na które nas przyjęto. Wzięliśmy naszą amerykańską wykładowczynię na litość i przyjęła naszą 7. Żeby zaliczyć semestr potrzebne jest nam tylko 6 punktów. Jeżeli zaliczę ten angielski dostanę 2 punkty, wzięłam więc pływanie(jedyny jak dotąd miły Tajwański wykładowca), za które jest 1 punkt. Muszę jeszcze wziąć niemiecki za 3 i chiński, który nie będzie punktowany. O ile mnie nie wykopią, oczywiście. Panie w biurze, nic kompletnie nie wiedzą, nie potrafią samodzielnie odpowiedzieć na żadne pytanie, biegają do szefowej, która też do końca nie jest pewna. Zapytałyśmy o basen i babka wysłała nas na wieczorne zajęcia, których nie było. Jednak nie organizacja jest największym problemem. Zaraz po przyjeździe okazało się, że nasz akademik wcale nie jest za darmo. Każda z nas musi dopłacić 250zł za używanie klimatyzacji, za sprzątanie korytarza(od miesiąca nie widziałam nikogo kto by to robił), opłacić depozyt bezpieczeństwa, w razie gdybyśmy coś zepsuły. Może i nie jest to jakaś wielka kasa, ale do tego codziennie dochodzą nowe „niespodzianki”, np. pierdoły w stylu nowa kłódka(starą trzeba oddać) do drzwi, bo w akademiku, nie ma zamków, ale kłódki jak w polskich piwnicach. Zapłacić trzeba też za magnetyczną kartę do akademika czy parkowanie roweru. Ok., może i są to opłaty jednorazowe, ale po przeliczeniu wszystkiego, gdybym miała za wszystko uczciwie zapłacić to wyszło by jakieś 800zł rachunków. Zaznaczam gdybym, bo nieoceniona, polska zdolność do kombinacji wszelkich, ocaliła mnie przed zapłatą za część tych rzeczy, albo odwleczenia ich na przyszły miesiąc.
Pani z biura(aż mnie korci żeby ją inaczej nazwać s***) nie mogła uwierzyć, że w Polsce nie ma takich głupich dodatkowych opłat w akademikach, a tajwańscy studenci, w ogóle nic nie płacą za akademiki. Próbowała mi wmówić, że przecież w Polsce nikt nie potrzebuje klimy, bo nie jest tak ciepło. Zapytałam czy wie co to temperatura poniżej 10 stopni Celcjusza i wie co to centralne ogrzewanie i ile kosztuje. Skapitulowała i powiedziała(a jakże), że ona to nie wie, ale spyta się szefowej, szefowa nie wiedziała, powiedziała że spyta kogoś tam i napisze mi maila, co do rachunków. Termin zapłaty upływał 15 września, odpowiedź dostałam 16. Tak, muszę zapłacić, ale mam się stawić w biurze w poniedziałek, bo chcą mi zaproponować pracę na pół etatu. Fajnie, ale wcześniej mówiły, że zgodnie z tutejszym prawem, pracę może podjąć tylko student, który już od roku przebywa na terenie Republiki Chińskiej(oficjalna nazwa kraju). Dzisiaj powiedzieli mi, że praca owszem może będzie, ale od połowy października i raczej bardzo krótko.
Nasz „najlepszy” akademik, to miejsce pełne niespodzianek. W dnie mojej szafy mieszkają karaluchy, a wczoraj koleżankę pogryzły pluskwy, dzicy lokatorzy materaca, który dostała z biura ds. wymian.
Tajwan jest piękny i naprawdę cieszę się, że tutaj jestem. Uniwersytet Chung Hsing jest jednak jakąś czarną dziurą i chyba się nie polubimy.